21 kwi 2018

Sobota, dzień szczotki i mopa.

Sobota, dzień szczotki i mopa. Jak tak, to jeszcze mydło bym dodała, tylko  jakoś nie rymuje mi się :(

Pamiętacie jak przed ostatnimi wakacjami miałam plan, że nauczę się robić samodzielnie mydło?
Donoszę, że nauczyłam się :) Jeah!



Rozkręciłam się dopiero pod koniec lata. Wszystko przez to, że skompletowanie sprzętu i surowców  zajęło mi trochę czasu. Postanowiłam, że zgodnie z prawidłami sztuki rozdzielę naczynia i sprzęt (np blender) do mydeł od tych, w których gotuję. Trochę to trwało, zanim wszystko kupiłam. Potem przyszedł czas na surowce. Chciałam kupić od razu produkty  potrzebne do kilku receptur. Okazało się, że chociaż jest wiele sklepów z surowcami  do samodzielnej produkcji kosmetyków, to w żadnym nie było wszystkiego, czego potrzebowałam. Jak mieli olej, to nie było masła, jak było masło, to nie było olejków eterycznych itd, itp.  W sumie zrobiłam zakupy chyba w czterech sklepach  internetowych, paru stacjonarnych i mogę powiedzieć, że mam prawie wszystko czego mi potrzeba. Na jakiś czas przynajmniej :)

Zgodnie z planem pierwsze mydełko było lawendowe. I już przy pierwszym razie  trochę pozmieniałam przepis. Na ile można oczywiście, bo niektóre zmiany, jak  np zamiana tłuszczów mogą mieć nieprzyjemne konsekwencje. Nie miałam  i nie mam barwnika kosmetycznego polecanego w przepisie, ale nie martwię się tym wcale, nawet teraz. Postanowiłam bowiem, że będę używać jak najbardziej naturalnych składników, sztuczny barwnik zastąpiłam więc ultramaryną fioletową. Cześć masy zostawiłam jasną, część zabarwiłam, do połowy  części zabarwionej dodałam suszoną lawendę. Wszystko poszło gładko, albo prawie gładko, całość wlałam w to co miałam, czyli malutkie foremki silikonowe. I tym sposobem miałam pełno malutkich mydełek lawendowych. 
Niestety mam tylko takie kiepskie zdjęcie, bo wszystkie mydełka  rozeszły  mi się na prezenty pod koniec zeszłego roku.


Skład tego mydełka to oliwa z oliwek (pomace), olej kokosowy, olej palmowy (niestety, ale o tym napiszę innym razem), masło shea, ultramaryna, naturalny olejek lawendowy.




Mydło nr dwa.
Trochę za gęsta masa z pierwszego razu nie odlała się dobrze w niektórych foremkach. Pokroiłam nieudane mydełka w kostkę i wykorzystałam w kolejnym mydle . Tym razem masa była oczywiście za rzadka, wszystko mi się wymieszało nie tak jak chciałam i powstało coś, co nazwałam Lawendowym Tornado. Skład ten sam jak wyżej. Po raz pierwszy soda ash na powierzchni.





Mydło nr trzy.
Pillingujące z kawą.
Skład to oliwa pomace, olej kokosowy, olej palmowy, masło shea, zapach kawowy (pachnący karmelkiem, a nie kawą), zmielona kawa, mleko w proszku. Kawa na dole, mleko na górze, jak należy.
Pierwszej wersji pozwoliłam się lekko zagrzać ( zgodnie z instrukcją w książce),  część z mlekiem oczywiście spaliła się.
Odkroiłam i  wyrzuciłam spalony kawałek, powtórzyłam z chłodzeniem przez pierwszą dobę. Mydło bylo robione z myślą o damskich udach, a jeden pan mówi, że  to jedyny środek, który mu ręce domywa.



Mydło numer trzy.
Chyba najładniejsze z tych,  które  zrobiłam do tej pory. Nagietkowe, wg przepisu z książki Klaudyny Hebdy
Skład: masło shea, oliwa pomace, olej kokosowy, olej rycynowy, rafinowany olej palmowy, nierafinowany olej palmowy (odpowiedzialny za kolor), wosk pszczeli, płatki nagietka. Żadnych zapachów nie dodałam.


Mydło numer cztery.
Po kilku próbach byłam już odważna  i zrobiłam mydło na kozim mleku. Zamrożonym oczywiście.
Tłuszcze to oliwa pomace, olej awokado, olej kokosowy, olej palmowy, Zapach to naturalny olejek lemongrass, kolor zielony to młody jęczmień zamiast sztucznego barwnika. Znowu soda ash.



Na dzisiaj wystarczy. Będzie ciąg dalszy :)

Dodam tylko, że wszystkie mydła robiłam metodą na zimno  z wykorzystaniem ługu sodowego. Na razie  nie tworzę swoich przepisów. Postanowiłam, że będę uczyć się na tych  sprawdzonych  z książek albo internetu. Jak nabiorę wprawy, to zacznę sama opracowywać receptury.
Najgorsze, że nie widzę odwrotu od  tego hobby. Po zainteresowaniu się tematem i tylko lekkim zgłębieniem zagadnienia składów kosmetyków, nie kupię już gotowego produktu w typowej drogerii. Wiem, co jest, a przede wszystkim czego nie ma we własnym mydle, wiem jak działają na skórę. Na szczęście szybciej robię mydła niż zużywam, wiec braki mi nie grożą.

Pozdrawiam, zmydlona  Iza.
:)



16 kwi 2018

Powrocik.

Chciałoby się powiedzieć "Wielki Powrót". "Aleee nieee!"
Raczej taki mały powrocik.
Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik tu się pokręcę. 

Właśnie sobie uświadomiłam, że pół roku na blogu  nie pisałam, 
Wracam, nie wiem na ile dokładnie, ale jeśli stworzę coś nowego w sieci, to na pewno o tym Was poinformuję.

Po pół roku przerwy zachciało mi się haftować.
Zaczęłam pod koniec lutego, prawie skończyłam.
Niedługo ciąg dalszy.

Pozdrawiam, Iza.





4 wrz 2017

Lepiłam garnki :)

Wakacje się skończyły, czas zdać relację z lata. 
Znowu lepiłam garnki!  Jakby ktoś nie wiedział, co mnie najbardziej kręci ostatnio ;)

W zeszłym roku byłam na warsztatach u Jurka Szczepkowskiego,  w tym zaś  u Piotra Skiby. Obaj są świetnymi nauczycielami i mistrzami, ale tworzą  w innej stylistyce. U Jurka są klimaty z dalekiej Azji,  u Piotra Skiby zaś ludowe - polskie, gdyż uczył się on  u tradycyjnych  garncarzy i  ludowe rzeczy tworzy. Jest tez on autorem książki podręcznika " Garncarstwo, sztuka pięciu żywiołów".

Kurs miał miejsce w Jadwisinie pod Lublinem:





Na pięknej polskiej wsi, wśród pól i łąk:















Uczyliśmy się robić naczynia tak, jak dawniej robili to garncarze ludowi.

Oto przykład kubeczka


 i miski mistrza:



Nasze prace:



Dwojaki moje jeszcze są bardzo  toporne, ale dwa takie same naczynia zrobić nie jest łatwo.
Taka duża miska nie moja, to wciąż przede mną.



Ale takie już umiem:



Nie mówiąc o kubkach i filiżankach.
Oto mój "urobek" z pierwszych dwóch dni, jeszcze bez uszek:



I cukiernica:





Jak to na plenerach bywa, mogliśmy wypalić tylko te rzeczy, które zdążyły wyschnąć, wypał ze szkliwem też był ograniczony ilościowo. Ale nie było żadnych limitów  co do ilości prac, wszystko co zostało do schnięcia zostanie wypalone i będę mogła odebrać. Mam pretekst do wycieczki ciekawej :)

Piec z biskwitem:


  
Piec po drugim wypale:




Nasze prace:



Część moich  prac poniżej. Jak znajdę czas, pokażę wkrótce na zdjęciach detale..


Podsumowując - to były bardzo udane warsztaty. Dużo się nauczyłam, zrobiłam spore postępy. Poznałam nowe techniki, inny styl, inne wykończenia prac. Ciągle szukam swojej drogi, to czego się nauczyłam przyda mi się bardzo. Dowiedziałam się też, że jestem już średniozaawansowana oraz zdolna i dociekliwa. Super!

Dowiedziałam się też, że Harry Potter to Harry Garncarz. Jakoś mi to umknęło, a nazwisko  to wybrane nie bez przyczyny. Garncarzy zawsze uważano za osoby bliskie duchom, bogom, Bogowi i zjawiskom nadprzyrodzonym. Ktoś musiał im pomagać, skoro taka magia się pod ich rękoma dzieje!

Na koniec, koty!
Bez kotów  i kawy życie byłoby ..... (nie powiem, brzydkie słowo wstaw).





Pozdrawiam, Iza.

PS
Jeszcze film z Piotrem Skibą:




14 sie 2017

Owieczki, wszędzie owieczki :)

Czas na ciąg dalszy relacji z wakacji. Konkretnie z Irlandii.
Muszę przyznać, że zakochałam się w tym kraju! Wycieczka na północ, nad morze, krętymi drogami i pomiędzy zielonymi wzgórzami była wspaniała. Im bardziej ją wspominam, tym bardziej dociera do  mnie jakiego przeżycia doświadczyłam.

Chyba tak zostanie, że ten kraj będzie mi się kojarzył,  między innymi oczywiście, z owieczkami :)
Są w Irlandii  świetne  warunki dla rolnictwa (a wiem coś o tym), zwierzęta siłą rzeczy są na pastwiskach, nie w zamknięciu. Czego życzyłabym wszystkim zwierzętom hodowlanym.
To tyle na poważnie.

Oto moja relacja z owieczkami w roli głównej:






Zupełnie inna "koncepcja" morza niż u na.


 Można tez nosić osobistą owieczkę kieszonkową ;) Pozuje ona, gdy zajdzie taka potrzeba:


























Owieczki są w Irlandii wszędzie. Na przykład w sklepach z pamiątkami. Myślałam, ze ten motyw da się ogarnąć, zrobić dużo zdjęć i pokazać. Nie da się. Temat mnie przerósł! Poniżej jego  namiastka:






Pozdrawiam serdecznie, Iza.

PS
Więcej zdjęć z Irlandii na Instagramie moim. Czyli TUTAJ.





3 sie 2017

Relacja z wakacji. Dla fanów "Gry o tron" i pięknych krajobrazów.

Dziś pierwsza część relacji z wakacji.
Nie będę ukrywać, że jestem fanką serialu "Gra o tron". W związku z tym podczas mego niedawnego pobytu w Irlandii musiałam, no musiałam pojechać śladami miejsc, w których ten serial kręcono. Pojechaliśmy więc na wycieczkę do Irlandii Północnej, bo tam te miejsca się znajdują. Oczywiście w rzeczywistości wszystko wygląda inaczej niż w filmie, ale odwiedzone miejsca i krajobrazy były przepiękne i warte odwiedzenia tak czy inaczej. Szczerze powiem, cała Irlandia mnie zachwyciła, tam wszędzie jest pięknie po prostu.

Wracając do "Gry o tron".

Tu znaleziono Wilkory.




Tu było obozowisko Dzikich w Prologu:




Które było w tym lesie po którym biegali Biali  Wędrowcy:





Zdjęcia powyżej pochodzą z Tollymore Forest Park.

Następny przystanek to Winterfell, czyli Castle Ward:













Następnie King`s Road, czyli The Dark Hedges:








Miejsc było więcej. Nie wszystkie mam na zdjęciach. Na przykład kamieniołom, który "grał" Mur widziałam nocą. Robi wrażenie, choć jest ogrodzony,  a tablice zasłaniające go i napisy informujące, aby nie zwalniać i nie zatrzymywać się rozbawiają :)
Oto "zwyczajne" plenery, czyli jedne z wielu miejsc, gdzie kręcono film:




No jak tu się nie zakochać w tak pięknym kraju :)

Dalsze relacje z wakacji wkrótce.
Pozdrawiam. Iza.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
design by suckmylolly.com